Kenya Upał MTB Expedition

 

Strona
główna

O wyprawie

Informacje praktyczne

Trasa

Relacja
z podróży

Galeria
FOTO

Sprzęt

Linki

Kontakt

 

 

|Nairobi-Gilgil|   |Gilgil-Nakuru|   |Nakuru-J.Bogoria|   |J.Bogoria-Kisumu| |Kisumu-Kisii|   |Kisii-Narok|   |Narok-Nairobi|   |Wybrzeże|   |Safari|

 

Nairobi – Gilgil

Szok kulturowyNa lotnisko im. Jomo Kenyata w Nairobi przylecieliśmy bladym świtem 21 czerwca. Po krótkiej aklimatyzacji w nowych warunkach i zbieraniu przydatnych informacji od dobrych ludzi wyruszyliśmy w naszą długo oczekiwaną podróż. Obraliśmy kurs na Longonot – wioskę/miasteczko, leżącą na drodze do Naivashy. Pierwsze wrażenia z trasy były bardzo pozytywne. Ludzie na nasz widok się uśmiechali i machając pozdrawiali. O ile w Nairobi ulice i domy wyglądały podobnie do tych w Europie, to na prowincji już tak nie było.

Chaty z blachy, gliny, wszechobecne śmieci, brud, ubóstwo, ludzie już nie tŚniadako pod Longonotak weseli jak ci spotykani na drodze. Nie sprawiało to zbyt dobrego wrażenia. Podziwiając po drodze fantastyczne widoki ze ściany Wielkiej Doliny Ryftowej dotarliśmy do wsi Longonot, położonej u stóp wulkanu o tej samej nazwie. Wg naszego przewodnika miał być tam jakiś hotelik lub kemping. Spytaliśmy więc miejscowych „ZIPów”: gdzie tu jest kemping? Oni natomiast – nie mniej zszokowani niż my, niezbyt często, bowiem, widują białych rowerzystów – odpowiedzieli: tu jest szkoła, tam policja. Cóż... Poszliśmy na policję. Zadaliśmy to samo pytanie. Ci natomiast zaproponowali nam rozbicie się koło posterunku! Jako, że nie mieliśmy innej opcji zdecydowaliśmy się tu zostać. Nie był to posterunek policji w sensie europejskim, a raczej gospodarstwo policyjne. Policjanci tam mieszkali, paśli owce, uprawiali jakieś poletko. Od innych gospodarstw we wsi odróżniała je tylko flaga Kenii powiewająca przed budynkiem posterunku. Jak się okazało policja w Kenii jest bardzo lubiana przez ludzi.

Drugiego dnia, już trochę oswojeni z panującymi tu warunkami, ruszyliśmy śmiało w kierunku Parku Narodowego Hell’s Gate. Po drodze zahaczyliśmy o miasto Naivasha. Do Naivashy prowadzi nowiutka, bardzo dobra szosa. Jednak po zboczeniu na drogę w kierunku Hell’s Gate nie mieliśmy wątpliwości, ze jesteśmy w Afryce. Aczkolwiek nie było jeszcze najgorzej. Napotykane tuż przy drodze zebry rekompensowały niedogodności podróży. Zatrzymaliśmy się na kempingu YMCA niemalże pod bramą Parku.

Hell’s Gate

Goniąc zebry w Hell's GatePark Narodowy Hell’s Gate jest jednym z niewielu, gdzie można wjechać rowerem, bądź wejść na piechotę, a to dlatego, że nie ma tam niebezpiecznych dzikich zwierząt. Są jednak stada zebr, żyrafy, antylopy, guźce, oraz wielkie bawoły. Te ostatnie potrafią być groźne, trzeba na nie szczególnie uważać. Jest to niesamowite uczucie tak jeździć pośród dzikich zwierząt. Jak się okazało parki kenijskie trochę się różnią od tych które znamy z Polski. Nie ma tu np. drogowskazów, szlaków i innych elementów ułatwiających turyście poruszanie się po terenie. Jako prawdziwi geografowie nie mogliśmy sobie pozwolić na wynajęcie przewodnika, co poskutkowało kilkukrotnym gubieniem się – mieliśmy jedynie bardzo poglądową mapę.

Oprócz zwierząt w Hell’s Gate na uwagę zasługuje wąwóz Njorowa. Tam, jednak, nawet my musieliśmy przyłączyć się do grupy turystów z przewodnikiem, bo nie ma tam żadnych wskazówek gdzie iść, by coś zobaczyć. Jadąc dalej drogą za wąwozem dojechać można do elektrowni geotermalnej, która zaopatruje 15% Kenii w energię elektryczną.

Crater Lake Nocleg u przyjaznej rodziny

Następnie zwiedziliśmy J. Kraterowe, położone na zachód od J. Naivasha. Występują tam podobne zwierzęta do tych w Hell’s Gate, jednak skupione są na mniejszym terenie. Inne są tu też krajobrazy. Należy uważać, aby nie przepłacić za wstęp.

W tym miejscu mieliśmy problem ze znalezieniem noclegu. Kemping na terenie rezerwatu, koło krateru wydaje się być najrozsądniejszym miejscem do spania w tej okolicy. My jednak zaplanowaliśmy jechać w kierunku Gilgil i znaleźć jakieś miejsce na rozbicie namiotu. Było ok. 18:30, słońce zachodziło, gdy pewna miła pani sprzątająca w jednym z domów wynajmowanym bogatym turystom zlitowała się nad nami i pozwoliła się rozbić na swoim podwórku.

Był to zdecydowanie nasz najprzyjemniejszy nocleg! Dostaliśmy mnóstwo ciepłej wody do mycia, chiapatti z warzywami na Produkcja kwiatówkolację, mieliśmy okazję porozmawiać z prawdziwą Kenijską rodziną i poczuć ich wzajemne ciepło domowego ogniska. Zaskoczyła nas rozmowa z synem owej dobrej kobiety – można było z nim prowadzić bardzo inteligentne rozmowy. Pracował on na jednej z licznych farm kwiatów wokół J. Naivasha i nie potrafił zrozumieć, po co europejczykom tyle kwiatów! Kwiaty te, bowiem, eksportuje się do Holandii. Przyjął do wiadomości, że mężczyzna może dać kobiecie kwiaty w prezencie – ale po co jej one!? – pytał.

Do Gilgil, zamiast ruchliwej szosy A104, wybraliśmy boczną drogę, która okazała się bardzo ciężka – górzysta, kamienista, a miejscami piaszczysta. Mimo, iż był to jeden z najtrudniejszych etapów naszej podróży, obfitował w piękne półpustynne widoki i był, co się rzadko zdarza, niemal całkowicie pozbawiony ludzi!

 

|Dalej|

 

 

© 2007 platki.waw.pl